Ponieważ jest niedziela, jestem w pracy na dyżurze, wszystko cacy gra.
Tak sobie pomyślałem, że podzielę się z Wami swoimi przemyśleniami na temat. Ponieważ lubię się dzielić, z drobnymi wyjątkami – żona, aparat, HI-FI, mieszkanie, samochód, koty, pieniądze, książki, płyty CD, DVD, garderoba. Zatem najchętniej dzielę się przemyśleniami.
Niedawno stałem się jego szczęśliwym posiadaczem. Ale musze stwierdzić, że chyba powoli się starzeję albo inaczej, w końcu dojrzałem emocjonalnie.
Jakiś czas temu dostałbym prawie zawału jadąc do sklepu po taki aparat, już nie wspominając o ceremonii rozpakowywania odbywającej się w domu.
A teraz? Owszem troszkę ręce mi się telepały, nawet się odrobinę spociły, ale gdzie te wrażenia?
No dobra, zrobiłem Was.
Mało się nie piiiiiiiib z wrażenia.
Part one. W samo południe
Kładę dwa pudełka na stoliku przy sofie, zapakowany korpus i kit. W powietrzu coś wisi… napięcie prawdopodobnie. Dopiero w domu dociera do mnie, że go mam. W sklepie oględziny, rozmowy ze sprzedawcą itd. czar lekko pryska, ale tu, w domu czeka pojedynek, a potem nagroda lub porażka.
Rozpakowuje kit.
Ładny, czarny z fajowską zieloną obwódką i IF. Czadowo. Zdejmuję dekielek.
Piękna, czyściutka soczeweczka w moim obiektywuku do mojego aparaciku. Czuję, że popadam w lekką paranoję, ale co tam, niech pochłonie mnie baz reszty. A to dopiero początek. Nie ważnie jak ostrzy. Pewnie całkiem nieźle, jak u Pentxa.
Teraz korpus. Otwieram pudełko. A tam jakoby skrzynia ze skarbem, która po otwarciu czarem zawartości znalazcę swego odurza ( niezłe, co?)
Wstaję, drepczę po piwko.
Chwila zastanowienia, a jak mi się wyleje na to wszystko?
Zdajecie sobie z tego sprawę? W takiej chwili zrezygnować z piwa!? Zamykam lodówkę, rzucam wyzywające spojrzenie na otwarte pudełko.
Kusi, woła do mnie – Rozpakuj mnie do końca. Boisz się…
Never! – krzyczę. Błyskawicznym ruchem otwieram lodówkę, sięgam po piwo. Kolejnym jakże sprawnym ruchem łapię za otwieracz. Syyykk, kapsel wiruje w powietrzu niczym moneta, zanim opada na podłogę, ja już jestem przy nim…
Nie pokonasz mnie… – pomyślałem – Rozpakuje cię, złożę do kupy i wydrę z ciebie wszelkie tajemnice, jakie kryjesz!
Wyciągam z folii korpus. Metalowe gniazdo mocowania obiektywu błysnęło w słońcu. Jednak nie na długo, bowiem nie takie jest jego przeznaczenie. Chwilę później, niczym zatraceni w uniesieniu kochankowie, korpus łączy się z obiektywem – lub niczym zapaśnicy w żelaznym uścisku. Wersję proszę sobie wybrać samemu..
Nagle niebo pociemniało, zawirowało. Wiatr zimny, jakoby spojrzenie naszego ministra od szkoły, zerwał się i zdmuchnął ze stołu gwarancję korpusu. Dostaje gęsiej skorki.
Pogrywasz ze mną? – przemyka mi przez głowę.
Mrok przeszywają błyskawice, a wśród grzmotów daje się słyszeć jęki technodemonów ( taki specjalny rodzaj demonów, które irytują się, kiedy składamy ledwo co zakupione zabawki do kupy, bez większych problemów)
Wtem moje ręce strzelają w górę w geście zwycięstwa, a w jednej z nich trzymam jego, K10D plus kit. Wszystko trzęsię się i nagle uspokaja.
Próba stabilizatora matrycy – pomyślałem.
Kiedy pył opadał, a słońce przeganiało swym światłem mrok, powoli z zamętu wyłania się moja postać. Dumnie siedzę na sofie, śmiejąc się szyderczo.
A teraz… - otarłem pot z czoła – A teraz… przeczytam instrukcję. Ale najpierw wsadzę ci… (mniej odporni mogą czytać - zainstaLuję)
K10D spojrzał na mnie błagalnie – Mówisz o baterii…
I o karcie. – odparłem.